Bez kategorii

WSZYSTKO ALBO NIC !

Wszystko albo nic !

Zbierało się we mnie ….. Długo lawirowałam między myślami i zdarzeniami. Miotałam się jak zagubiony liść na wietrze, aż w końcu we mnie coś pękło. Nie pisałam nic od dobrych kilku tygodni. Mimo, że w głowie kłębiły się myśli i pomysły na treści, nie potrafiłam wykrzesać ani pół jednego sensownego zdania ! Jak na świeżo upieczoną blogerkę, wręcz bosko ! Fantastycznie, że wyszłaś w końcu z kokonu, postanowiłaś dzielić się z innymi tak cennymi wnioskami, a nie potrafisz usiąść i napisać nic sensownego, z polotem, z tym „czymś” co pójdzie w świat i zrobi „wrażenie” – takimi myślami się karmiłam ! Żeby coś robić trzeba robić to DOBRZE ! A czym jest to DOBRZE? WSPANIALE ? FANTASTYCZNIE ? Odnośnikiem do czego ? Do jakiej skali ? Przez kogo narzuconej ?

Kiedy wchodziłam w rozwój duchowy wyobrażałam sobie siebie, po przejściu przez proces zdrowienia, jako bóstwo chodzące po tej ziemi. Spokojną , opanowaną, mądrą, pełną miłości, wyrozumienia i generalnie cud, miód i orzeszki…. Głęboko wierzyłam w to, że to jest mój cel,a na samym końcu będę się tym cudem dzielić z innymi i uczyć innych jak stać się również tak fajnie oświeconym człowiekiem jak ja ! I co ? Pstro ! To tak nie działa !

W swojej podróży zauważyłam, że mam tendencję do dzielenia życia na czarne albo białe. Mimo, że często sama powtarzałam, że tak nie jest, jednak jakiś wgrany we mnie program automatycznie szufladkował wszystko w jedną albo w drugą stronę. I tak w ostatnich tygodniach czułam do siebie ogromny żal i wstyd, że nie tak wiele jeszcze nie wiem, a śmiem wygłaszać innym swoje mądrości życiowe. Byłam święcie przekonana, że muszę być w 100 % gotowa MERYTORYCZNIE i DOŚWIADCZALNIE na to, żeby wyjść do ludzi ze swoimi przemyśleniami ! Czujecie ten paradoks? Zycie to jest droga, doświadczenie, które nas uczy do naszego ostatniego tchnienia. Nie da się posiąść całej mądrości życiowej mając niespełna 30 lat. Ba ! Ja nawet twierdzę, że nie da się tego zrobić w jednym wcieleniu ! Jesteśmy tu po to, by wzrastać w miłości, uczyć się siebie każdego dnia. I cudowne jest to, że są ludzie którzy pokazują nam, że nic nie jest czarne albo białe ! Tak bardzo zapominamy o tej tęczy, która jest pomiędzy, że zatracamy się w dążeniu do perfekcjonizmu nie dostrzegając tego co niosą dla nas inne kolory. Tak często rezygnujemy z czegoś , tylko dlatego, że nie wygląda to na początku tak, jak sobie to wyobrażaliśmy.

Obiecałam, że podzielę się tym, co już udało mi się osiągnąć, dokąd zaprowadziła mnie praca nad sobą i swoimi emocjami i myślę, że ten post będzie jak najbardziej odpowiednim miejscem na to. Dziś dotarło do mnie, jak bardzo patrzę na to co jest ode mnie odległe, jeszcze poza moim zasięgiem. Myślę o tym gdzie chciałabym być, co robić jak wyglądać i postępować. Jednak bardzo łatwo przyszło mi zapomnienie tego kim byłam. I z jednej strony to dobrze, bo nie wracam do tego co mnie niszczyło, ale z drugiej raz na jakiś czas warto zajrzeć kilka lat wstecz i porównać siebie z teraz, z sobą z wtedy.

Kochani, wychowałam się „normalnej” rodzinie. Nikt mnie nie molestował, nie było pijaństwa (regularnego), było czysto, schludnie, ciepło. Miałam pełny brzuch, ale puste serce. Rodzina była dysfunkcyjna i będę mówić o tym głośno, biorąc za to pełną odpowiedzialność. Nieistotne są fakty, co, kto i kiedy mi zrobił. Najistotniejsze jest to jak ja to odebrałam i jaki to miało wpływ na mój rozwój emocjonalny.
Z domu uciekłam. Poraniona, przestraszona, bez własnej tożsamości weszłam w życie dorosłe mając nadzieje, że od teraz wszystko ode mnie zależy i stworzę sobie taką rodzinę, jaką będę chciała. Wiecie, tęcza, kwiatki na łące, pluszowe misie itp, bo od teraz dam sobie tylko to co najlepsze. Będę szanować siebie, partnera, a moje dzieci będą kochane i akceptowane. Moje zderzenie z rzeczywistością było brutalne. Cierpiałam tak samo jak w domu. Dokładnie kropka w kropkę. Bardzo szybko urodziłam dzieci, wyszłam za mąż. I lawirowałam między jednym rokiem a drugim.
Czułam się gorsza, nic nie warta, brzydka, zbędna… Bałam się wyjść z domu, zadzwonić do urzędu, odezwać w przychodni… spotkania ze znajomymi nie wchodziły praktycznie w ogóle w grę, bo przecież o czym ja będę z nimi rozmawiać ? Kim ja jestem ? Kolejną gówniarą bez wykształcenia, która uciekła z jednej patologii emocjonalnej w drugą. Do tego dochodził ogromny toksyczny wstyd związany z byciem oderwanym od społeczeństwa. Z brakiem własnej tożsamości. Ja nawet nie wiedziałam na jakie studia mam iść i nie poszłam na żadne ! Tak bardzo siebie nie znałam, że nie umiałam powiedzieć czy lubię zupę pomidorową czy nie. Najgorszy moment nadszedł kiedy moja córka miała niespełna rok, a ja uznałam, że nie jestem warta nawet pracy nad sobą, bo co z tego, że poczuję się ze sobą lepiej i zacznę żyć, jak dalej GÓWNO światu mogę zaoferować….Będę tylko pasożytem, który nic dla innych nie robi. I to wszystko miało swoje źródło w jednym zdaniu, którym karmiono mnie od dziecka : „ Ucz się, bo w dzisiejszych czasach, bez wykształcenia, człowiek jest nikim”. To jedno zdanie doprowadziło mnie do dna, w którym zobaczyłam oczy moich cudownych dzieci i tylko i wyłącznie ze względu na nie udałam się po pomoc do psychologa. Pierwszym krokiem było zaakceptowanie faktu, że może i lekarzem już nie zostanę, może nigdy studiów nie skończę, może będę tym pasożytem społecznym do końca życia i jedyne co będzie dane mi robić to ulice zamiatać, ale mimo wszystko, wydałam na świat dwójkę dzieci i muszę się w sobie zebrać, żeby miały matkę. Decyzja zapadła. Drżącym głosem, ledwo trzymając telefon przy uchu umówiłam się na pierwszą wizytę. Przez kolejne 8 tygodni intensywnie pracowałam nad poczuciem własnej wartości i tak to się zaczęło. 8 tygodni zajęło mi zrozumienie i POCZUCIE, że zasługuję na życie tu na ziemi. Że jestem tak samo ważna jak każdy z Was, bo JESTEM ! Czujecie ? 8 tygodni ! Co to jest, w skali całego życia ?

Kiedy to już zrozumiałam podjęłam rękawice. I to też mnie zgubiło. Bo podeszłam do siebie jak do wroga. Stanęłam do walki, zakładając od razu, że to będzie bitwa, o być albo nie być. I walczyłam, różnymi tego skutkami. Wiele bitw wygrałam, ale i wiele przegrałam.

Dziś – jest zupełnie inne. Dziś przede wszystkim wiem i czuję, że jestem ważna. Jestem istotną częścią tego wszechświata i mimo że wciąż szukam, że badam, czasami błądzę, to mam prawo tu być. Mam prawo oddychać, doświadczać, smakować. Mam prawo się bać, ale i odczuwać przyjemność. A najważniejsze, że nie karzę się już za to, kim nie jestem i kim mogłabym być. Nie doszukuję się zmarnowanego potencjału, przegapienia czegoś, bądź straty. Jest jak jest i tylko ode mnie zależy jak w tym się odnajdę. Przede mną długa droga, ale i piękna. Dziś nie postrzegam siebie jako problemu. Jestem przekonana, że na wszystko przyjdzie czas, każda cząstka mnie znajdzie miejsce i moment, żeby siebie wyrazić. I nigdy nic nie będzie perfekcyjne, nigdy nie będę ideałem, ale stawiam się dziś przed samą sobą, po to żeby wzrastać z każdym dniem uczyć się tego co jeszcze nieodkryte. Stawiam się tu i teraz do przeżycia tego co jest mi dane.

Dziś zrozumiałam, że prawdziwa mądrość życiowa to nie bycie na samej górze w bieli, ale umiejętność balansowania pomiędzy tymi dwoma kolorami. To umiejętność zaakceptowania perfekcyjnej niedoskonałości, która nas otacza. To bycie miłością nie tylko w tym co dobre, miękkie i przyjemne, ale też w tym co przykre i niewygodne. To umiejętność bycia.

Tak wiele musiało się stać, żebym musiała zrozumieć, że perfekcyjne nie istnieje. Banał jakich wiele ! Ale zauważcie z ilu rzeczy rezygnujecie, bo wydają się być nie takie jak trzeba… Najgorzej jeśli tym CZYMŚ jesteście Wy sami.

Tekst został napisany jednym tchem, bez poprawek, aby poszło w świat to co moje i niedoskonałe ! Za wszelkie błędy stylistyczne, ortograficzne i interpunkcyjne z góry przepraszam !
Kocham !

6 thoughts on “WSZYSTKO ALBO NIC !”

  1. Kocham:)
    Wspaniałe
    Jestes taka podobna do mnie że chyba zacznę pisać bloga! Też chce być zawsze dostatecznie dobra i mam żal do siebie że żyje na trójkę z minusem a przecież trzeba na piątkę. Nie prawda! Tu nie ma oceniania z żyć pięknie to żyć i kropka. I być. I kochac życie i siebie i już. Nie ma oceniania.

    1. Dziękuję z całego serducha <3
      Jeśli tylko pisanie sprawia Ci radość to pisz ! Nie zastanawiaj się, nie oceniaj, nie oczekuj!
      Ja myślę, że tak wiele piękna w nas się kryje, a poprzez oceny i wymagania, nie dajemy mu szans rozkwitnąć 🙂
      Powodzenia :*

  2. Piekne, poruszylo mnie to co napisalas. Mam podobne doswiadczenie. Od zawsze dreczyla mnie mysl: „po co ja tu w ogole jestem? do czego jestem potrzebna, nie rozumiem. Powoli poznaje siebie i to ze „jestem” ma znaczenie, nie tak bardzo to co robie. Nie jest to latwe. Nawyki w umysle sa uparte. Wzruszyl mnie Twoj wpis, bo wiem dokladnie, ze osoba ktora ma takie mysli bedzie sklonna aby sie ukrywac albo udowadniac wszystkim na zewnatrz jak wiele jest warta, jak wiele robi, jak pomaga wszystkim, bo chce byc potrzebna. Tymczasem w srodku odczuwa pustke, tesknote za czyms nieokreslonym, a do tego wstyd i frustracje, bo wydaje sie, ze wszyscy inni to „cos” maja, ze nie musza niczego udowadniac. Tak to odczuwam. Gratuluje Ci tej otwartosci i odwagi, by pokazac siebie autententyczna. Pozdrawiam 😉

    1. Dziękuję serdecznie za te słowa. Tak naprawdę jesteśmy po to by się od siebie uczyć, poruszać to co w nas najskrytsze i odkrywać prawdę. Na poziomie emocjonalnym nasze historie są tak naprawdę podobne, zmienia się tylko tło,ludzie i zdarzenia. W głębi serca wszyscy pragniemy tej samej czystej miłości, za nią tęsknimy i do niej dążymy. Próbujemy szukać jej na zewnątrz, licząc, że ktoś albo coś nas wybawi z naszego cierpienia, niestety to tak nie działa i przez to popadamy w jeszcze większą rozpacz. Życzę samych wspaniałości i sukcesów w odkrywaniu siebie 🙂 Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zanim dodasz komentarz, zapoznaj się proszę z polityką prywatności.